portugalia

MY ED STORY: MOJA HISTORIA ANOREKSJI

Hejka! Jakiś czas temu na Instagramie prosiłam Was o wybranie, o czym chciałybyście poczytać w najbliższym czasie na blogu 🙂 Znaczna większość z Was wskazała moją historię, tj. od kiedy choruję na anoreksję, jak wyglądało (i wygląda) moje leczenie oraz jak tak ogólnie przebiega moje życie z zaburzeniami.

Od razu napiszę, że nigdy nie robiłam sobie takich zdjęć, aby pokazać całe swoje ciało. Nie chciałam, ponieważ zawsze sądziłam (i wciąż tak jest), że wyglądam “normalnie”. Dlatego też fotografie, które znalazłam, pokazują mnie w codziennych sytuacjach i nie są pozowane 😉 Zresztą, do każdej z nich możecie przeczytać opis, więc przejdźmy może do początku.

Wszystko w sumie zaczęło się na długo przed tym, jak zachorowałam na ED

Jeśli podzielić by dzieci na te szczupłe, “zwyczajne” oraz z nadwagą, ja od maleńkości klasyfikowałam się do trzeciej grupy. Moi rodzice akurat wskazaliby zapewne przedział środkowy, jednak co ma powiedzieć sama dziewczynka, która już w przedszkolu słyszała, że “nie bawię się z Tobą, bo jesteś brzydka/gruba”. Taka była moja codzienność odkąd tylko pamiętam 😀

Jednak tutaj mówimy tylko o przedszkolu. Od drugiej do czwartej klasy podstawówki byłam naprawdę roztyta, co mogą potwierdzić nawet moi rodzice. Spójrzcie chociaż na te pojedyncze zdjęcia, a gdybyście tylko zobaczyli mnie na żywo… strach się bać! Na potwierdzenie tych słów, poniżej taki mniej-więcej mój jadłospis z tamtego okresu (jadłam wtedy “wszystko”, tj mięso, mleko, jajka, nabiał itp – teraz jestem w 95% weganką). Ostrzegam jednak, że to, co je się w Malawie, to przy tym chyba dieta na odchudzanie! 😛

  • śniadanie: serek typu “Danio” lub “Fantasia” + 1 duża (lub 2 mniejsze) kromki chleba pszennego z grubą warstwą masła (czasami, zamiast serka, na kanapkach było sporo dżemu lub miodu)
  • II śniadanie w szkole: kanapka z 2 kromek chleba pszennego z grubą warstwą masła i 3-5 plastrami szynki drobiowej lub żółtego sera (lub tego i tego!), jakieś warzywa: kilka rzodkiewek/marchewek, czasami jabłko, baton np. “Knoppers”, “Duplo”
  • obiad w szkole: 1-2 chochelki zupy ze stołówki, drugie danie szkolne (np. kawałek mięsa w panierce + ziemniaki + surówka, rzadziej naleśniki (2 sztuki) czy kluski na parze (2 sztuki)), szklanka kompotu, mniej więcej 2x w tygodniu dostawaliśmy też “deserek”, np. jakiś jogurt lub batonik
  • obiad w domu: niepełny talerz zupy (gotowana na mięsie, z jakimś ryżem/makaronem itp.), drugie danie (smażone, rzadziej gotowane/pieczone mięso + surówka z oliwą + gotowane warzywa + kasza/ryż z oliwą lub 2 naleśniki z serem/2 kluski na parze bądź 4-5 pierogów polane opakowaniem jogurtu “Jogobella”)
  • przekąska (przed lub po obiedzie): gałka loda w waflu, lód na patyku lub w rożku, baton np. “Twix”, rogalik typu 7days, wafelki w czekoladzie, chrupki kukurydziane smakowe, chipsy, orzeszki
  • podwieczorek: talerz owoców (np. banan + jabłko + brzoskwinia – mniej więcej 3 duże owoce)
  • kolacja: zazwyczaj albo zapiekanki z 2 dużych kromek chleba pszennego z serem żółtym, masłem, szynką i ketchupem lub tosty z 4 mniejszych kromek chleba z masłem, serem, szynką i ketchupem lub 2 kromki chleba z masłem i 2 parówki
  • nightsnack”: po kolacji piłam jeszcze gorącą czekoladę (taką z proszku, na mleku pełnotłustym, z miodem lub cukrem), mniej więcej 3-4x w tygodniu

Tak, NAPRAWDĘ TYLE potrafiłam zjeść! Nawet nie liczę ile to miałoby kalorii, bo mogłabym się załamać. Na dodatek nie wydaje mi się, aby moje jedzenie w tamtych czasach było zdrowe. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że w ciągu dnia cały czas siedziałam, a samochodem dojeżdżałam nawet do szkoły, do której z mojego domu jest 10 minut spacerkiem. Nienawidziłam, dosłownie, jakiegokolwiek ruchu i pamiętam nawet, że kłóciłam się z rodzicami, kiedy musiałam wracać na nogach po lekcjach lub wyjść na 15 minut z psem. Pamiętam, że w “najgrubszym” czasie ważyłam ponad 46 kg przy wzroście 120-130 cm. Nic więc dziwnego, że wreszcie…

W piątej klasie postanowiłam coś zmienić

W końcu wiadomo, zaczęłam dojrzewać i miałam prawo zauważyć, że coś jest nie tak, a ja jestem CHYBA ODROBINĘ za gruba. Pamiętam, że zaczynałam od regularnych treningów, najpierw 3-4x w tygodniu, później coraz więcej i częściej. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak “anoreksja” lub “zaburzenia odżywiania”, ale wprowadziłam w życie wiele zmian/przekonań/zachowań, które obecnie zaliczyłabym jako typowe podczas ED. Były to między innymi takie “triki” jak wylewanie zupy czy soku do kibla, ściąganie masła z kanapek, wyrzucanie części posiłków do kosza, kolacja najpóźniej w godzinach 16-17 i nie więcej niż gruszka lub jedna kromka chleba z dżemem…

Trzymałam się mnóstwa zasad oraz próbowałam chyba wszystkich sposobów, które znalazłam w internecie pod hasłami w stylu “jak schudnąć 10 kg w tydzień”. Próbowałam octu jabłkowego, wody z ogórków, jakiś herbatek, 1000 brzuszków dziennie, “treningów” pozwalających spalić miliard kalorii, składających się z setek pajacyków, pompek oraz przysiadów. Wtedy nikt niczego nie zauważył, bo waga też jeszcze nie spadała. Był to okres luty-marzec, a powoli chudnąć zaczęłam dopiero w wakacje.

Kiedy część prawdy wyszła na jaw…

To dopiero rok później, mniej więcej pod koniec szóstej klasy. Nie, zaczekajcie! Wtedy zaczęłam mieć pojedyncze problemy zdrowotne, rodzice coś tam mówili o zwiększeniu wagi, a dopiero w 1-szej klasie gimnazjum, w październiku, dostałam pierwsze skierowania na badania, potem do szpitala: najpierw na endokrynologię, potem na zaburzenia odżywiania. Rodzice jednak nie chcieli dopuścić do wiadomości, że choruję na anoreksję, tak więc kiedy nie przyjęli mnie najpierw w pierwszym, a następnie w drugim szpitalu – temat ucichł. Wtedy jeszcze moje BMI było najprawdopodobniej w niedowadze.

Na początku kolejnego roku zaczęłam znowu powoli spadać z wagi. Wtedy też stwierdziłam, że chciałabym przejść na weganizm. Jednak przysięgam, że nie ze względów chorobowych, a etycznych. Był to bowiem czas, kiedy zaczęłam interesować się jogą, takimi klimatami, obejrzałam również wiele filmów o tym, jak cierpią zwierzęta. Rodzice nie byli pewni, skąd wzięła się moja decyzja, dlatego powiedzieli, że mogę przejść na dietę roślinną, kiedy będę przybierać na wadze.

Udało się, przez krótki czas miałam nawet wagę prawidłową

Jadłam wtedy pięć sporych posiłków dziennie, ćwiczyłam ok. 1,5 godziny 6 dni w tygodniu i wszystko było dobrze. Aż do wakacji, gdzie wyjechałam z rodzicami na trzy tygodnie za granicę. Jadłam bez liczenia kalorii oraz bez treningów, jednak zaczęłam ograniczać, a po powrocie “nie chciało” mi się znowu wracać do ważenia, kontrolowania masy ciała.

Mimo wszystko, wakacje przebiegły mi spokojnie. Kiedy zaczęła się druga klasa gimnazjum – pojawiło się dużo stresu. Nie byłam akceptowana przez rówieśników, co mogło wynikać też po części z mojego podejścia. Mocno wtedy wpadłam w treningi, ćwiczyłam każdego dnia po ok. 3 godziny + tyle samo spacerowałam. Wracałam do domu z płaczem: z jednej strony spowodowanym odrzuceniem, z drugiej – koniecznością treningu. Nawet w dniu przyjęcia do szpitala, przed wyznaczoną godziną przybycia, zrobiłam jeszcze 3-4 godzinny, intensywny zestaw ćwiczeń.

W ciągu dnia jadłam malutkie posiłki, które jak najbardziej ograniczałam, natomiast wieczorem bardzo się objadałam, a moje kolacje miały co najmniej tysiąc kalorii. Ten nawyk został mi niestety do dziś, aby jeść mało na śniadanie, lunch oraz obiad, a móc objeść się wieczorem.

Kontrola wagi na szkolnym bilansie

Spowodowała, że najpierw trafiłam do szkolnego psychologa, gdzie dostałam “nakaz” wizyty lekarskiej związanej z moją niską wagą. Tak się jednak złożyło, że równocześnie moi rodzice zareagowali, więc konsultacja ze specjalistą już była umówiona. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, kiedy dostałam skierowanie do szpitala.

Kilka dni później już przyjęli mnie na dziecięcy oddział psychiatryczny w Sosnowcu, gdzie masa ciała spadła do najniższej w moim życiu – jeśli się nie mylę, miałam BMI ok. 13-stu (dla porównania, w dniu wejścia wynosiło ono mniej więcej 14,5). Dlatego też po tygodniu rodzice wypisali mnie stamtąd na żądanie…

Pod warunkiem turnusu terapeutycznego w Malawie,

Na który pojechałam po tygodniu spędzonym w domu. Podczas tego krótkiego okresu miałam zabroniony jakikolwiek ruch, a posiłki przygotowywali mi rodzice. Dzięki temu do ośrodka trafiłam z BMI wynoszącym ponad 14. Oczywiście nie byłam zadowolona pierwszym pobytem tam 🙂

Nie będę się rozpisywać, jak było w Malawie, ponieważ większość z Was pewnie co nieco słyszała, a jeśli nie – to z pewnością temat na osobny post. Tak czy inaczej, udało mi się wtedy przybrać na wadze ok. 2,5 kg.

Mogłoby się wydawać, że wszystko szło w dobrym kierunku.

Jednak tak nie było. Pomimo początkowych pozorów zdrowienia, moje chorobowe nawyki jeszcze bardziej się powiększyły. Nie ćwiczyłam – to fakt, ale zamiast tego pojawiły się “przypominające” ćwiczenia ruchy chorobowe, a przede wszystkim chodzenie, nawet w miejscu. Zmieniłam szkołę, natomiast znowu się w niej nie odnalazłam: bo musiałam wyjść po zajęciach i chodzić, chodzić, chodzić.

Dodając do tego maszerowanie w miejscu, będąc w domu, na moim krokomierzu pojawiały się naprawdę ogromne liczby. Moim minimum było na początku 20, a następnie 30 kilometrów dziennie, choć kilka razy “udało mi się” zrobić ponad 50 kilometrów.

Często nie jadłam nic do 17-tej.

Następnie zaś jakiś średniej wielkości posiłek oraz kolacja tuż przed snem, która była naprawdę olbrzymia: przynajmniej 1000 kalorii. Jednak mimo to, w ciągu dnia szkolnego nie przekraczałam raczej 2000, co przy stosunkowo dużym ruchu, nawet bez treningów, skutkowało spadkiem wagi. Pamiętam, jak wstawałam o 4-tej nad ranem i potrafiłam przez kilka godzin chodzić w miejscu.

Obecnie nie potrafię sobie tego wyobrazić. Już od października zeszłego roku rodzice “straszyli” mnie kolejnym turnusem w Malawie, a na przełomie lutego i marca terapeutka z ośrodka (do której wróciłam po pół roku od zakończenia turnusu, ponieważ nie znalałam żadnego dobrego specjalisty w okolicy mojego miejsca zamieszkania) postawiła mi ultimatum: mam przytyć do 40 kg.

Wagi jednak nigdy nie osiągnęłam

No, może pozornie. Miałam takie “szczęście”, że musiałam ważyć się raz w tygodniu, ale na wadze w galerii, takiej specjalistycznej, w sklepie z suplementami dla sportowców. Skoro nikt mnie przy tym nie kontrolował, mogłam równie dobrze ubrać dwie bluzy, a do kieszeni włożyć… no, różne rzeczy. Jednak potrafiło to ważyć nawet – no nie wiem – dwa, trzy kilogramy?

Nigdy natomiast nie opijałam się wodą przed ważeniem, bo potem miałabym bardzo duże problemy z chodzeniem do łazienki 😀 ale to tak poza tym. Dodatkowo, w tamtym okresie nasiliły się moje zachowania chorobowe, nie potrafiłam np. już w ogóle siedzieć. Ah, nawet stać nie potrafiłam! Pamiętam, że cały czas chodziłam w miejscu.

Dlatego po raz drugi trafiłam do Malawy

Z wagą taką mniej więcej, z jaką wyszłam z niej poprzedniego roku. Mój nowy turnus rozpoczął się na początku maja, dodatkowym czynnikiem na wysłanie mnie tam przez rodziców był fakt, że właśnie napisałam egzaminy gimnazjalne i tak naprawdę rok szkolny już miałam zaliczony (nawet świadectwo z czerwonym paskiem!).

Kolejny pobyt w ośrodku przyniósł mi tyle samo korzyści, co nie-korzyści. To jest temat na osobny post, więc jeśli chcecie ogólnie poczytać o Malawie i jak ja przeszłam oba swoje turnusy, dajcie znać tutaj lub na instagramie, to napiszę o tym cały tekst. Głównie jednak po wyjściu z ośrodka zaczęłam bardzo się porównywać, czego wcześniej nie robiłam, dosłownie do każdego. Wciąż mam z tym wielki problem i sądzę, że gdyby nie te drugie sześć tygodni, teraz by tego nie było. Przybyło mi także znacznie więcej męczących, chorobowych myśli. Ale, trzeba przyznać, pobyt tam przyniósł mi też jakieś tam korzyści.

Moje życie po tygodniu w szpitalu oraz dwóch turnusach. @recovery_marina

Z Malawy wyszłam pod koniec czerwca, a tydzień później udało mi się osobiście odebrać świadectwo. Dostałam się też do liceum, do klasy medycznej. Byłam z rodzicami na wakacjach w Portugalii, które były bardzo udane, jednak gdybym teraz mogła cofnąć czas, chciałabym przełamać się do większej ilości produktów tam, na które miałam ochotę 🙂 Wtedy też założyłam konto recovery na Instagramie, gdzie na chwilę obecną mam ponad 400 obserwujących, za co bardzo Wam dziękuję!

Mogę stwierdzić, że podczas całego dotychczasowego wychodzenia z ED pomogło mi ono chyba najbardziej ze wszystkiego. Dzięki niemu otrzymuję od Was ogromne wsparcie każdego dnia, a po miesiącu pokonałam już wiele fearfoodów, zrobiłam “pintparty”, “wholechocolatebarparty”, przełamałam się do jedzenia raz za czas niewegańskich produktów (a dokładnie raz w tygodniu), zjadłam wreszcie churros, lody z nutellą, wypiłam kawę z bitą śmietaną i lodami, a ostatnio dostałam tyle motywacji, aby w końcu zjeść 2/3 słoiczka tahini… na raz!

Teraz będzie tylko lepiej

Mam nadzieję, że za rok nie powtórzę “tradycji” i w maju nie wyląduję w Malawie po raz trzeci. Chciałabym wreszcie chociaż w jakimś stopniu wyjść z anoreksji, a wydaje mi się, że jestem już na dobrej drodze. Długiej, bardzo długiej, ale zmierzającej już w dobrym kierunku. Przede mną liceum, to ponoć najlepszy okres w życiu, więc nie chcę go zmarnować, tak jak zrobiłam to z poprzednimi latami.

Jeszcze raz chciałabym podziękować Wam za to, że wspieracie mnie na Instagramie, motywujecie, pomagacie i zachęcacie do różnych wyzwań. Bardzo bym chciała, aby każda z Was wyszła z tej choroby jak najszybciej, bo u większości widzę, że też z każdym dniem jest coraz lepiej! Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, czegoś nie wyjaśniłam lub chciałybyście, abym o czymś napisała – dajcie mi znać w komentarzach lub w wiadomościach prywatnych.

Trzymajcie się i do następnego wpisu, Wojowniczki!

3 thoughts on “MY ED STORY: MOJA HISTORIA ANOREKSJI

  1. Bardzo chciałabym poczytać o Malawie 🙂 Wątpię, żebyś mnie pamietała, ale byłyśmy razem w Sosnowcu przez jakiś czas. Jak się potem okazało, do ośrodka przyjechałaś turnus po mnie. Jestem ciekawa twoich odczuć, bo moje są mieszane, a bardzo podziwiam Twoją walkę. Decyzja o pokonaniu tego zanim na dobre rozpocznie się liceum jest turbomądra, ja tego nie zrobiłam, w tym roku piszę maturę, a ED nadal mnie niszczy, prawdopodobnie mocno się to odbije na wyniku tego egzaminu. No cóż — z całego serca trzymam za Ciebie kciuki, walcz! ❤️

    1. Jak mogłabym Ciebie nie pamiętać! To Ty już piszesz maturę w tym roku? 🙂 odezwij się do mnie na Instagramie, może znowu się zobaczymy na żywo i pogadamy? Jeśli chodzi o post, to jak na razie (właśnie ze względu na liceum), nie mam czasu (i chęci), aby się za niego zabrać 😀 Może jak będzie jakieś dłuższe wolne…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *